Czym jest dla mnie stan „flow”?

To tekst, który napisałam 26 kwietnia 2021 roku. Postanowiłam się nim  Wami teraz podzielić :)

 

26.04.2021

Czym jest dla mnie stan „flow”?

 

Na pewno każdy z Was już kiedyś spotkał się z tym określeniem i mniej więcej kojarzycie o co chodzi. Słownikowo stan flow „przepływ” opisać można stan umysłu, w którym ludzie są tak skupieni podczas danego zadania, że wszystko inne wydaje się znikać. Milknie wewnętrzny dialog, zmienione jest poczucie czasu, motywacja zewnętrzna przestaje mieć znaczenie. Świadomość i uwaga są niepodzielnie skupione na wykonywanej czynności. Osoby doświadczające tego stanu często porównywały ten stan do bycia unoszonym przez wodę”. Tak, to się zdarza, ale moje flow to coś bardziej wielowymiarowego…

Flow to bycie w tu i teraz świadomym i obecnym, to stan, w którym małe ja nie stawia oporu dla dużego Ja i pozwala mu działać przez siebie. To stan pełni, radości, miłości i światła. To stan braku oporu. Poczucie płynięcia z prądem Wszechświata.

Staram się by całe moje życie było medytacją, uczę się nie stawiać oporu i pozwolić energii swobodnie przeze mnie przepływać. Taki przepływ pozwala boskości na dzianie rzeczy przeze mnie. Wtedy to co się zadziewa jest idealne, piękne, kreatywne. Wszystko co Boskie jest idealne. Kiedy człowiek się za bardzo stara i napiera można zablokować przepływ i popsuć dzieło. Dlatego staram się by w moim życiu i twórczości było jak najwięcej boskości, przepływu.

W rozwoju duchowym mówi się sporo o uśmiercaniu ego. Jest to wg mnie źle wyrażone i przez to źle rozumiane. Z mojego punktu widzenia kompletnie nie wolno tego robić, bo zabija się siebie i tym samym stwarza jeszcze więcej oporu. Myślę, że przede wszystkim należy dbać by nie mieć nadmiaru ego. Poza tym trzeba zrozumieć sedno sprawy i wtedy wszystko staje się proste, naturalne, oczywiste… Wtedy nie trzeba niczego zabijać tylko cieszyć się z pełni jaka się w nas wydarza, ze światła które rośnie i ze strumienia bezwarunkowej miłości, która nas przepełnia.

W moim przypadku kropką nad i w zrozumieniu kwestii ego i przepływu był Osho i książka „Kreatywność”. Mimo, że jawnie pisze o mordowaniu ego, wyjaśnia tam sporo zagadnień w fajny sposób. W moim przypadku połączyły się kropki tak, że zaczęłam to czuć, rozumieć i doświadczać.

Warto zacząć od zrozumienia faktu, że jest jedna świadomość i wszyscy jesteśmy częścią jednej całości, jednego organizmu. Załóżmy, że ta świadomość to ocean. W oceanie są fale i każda z tych fal to osobne małe „ja”, ego moje czy Twoje. Ocean składa się z fal. Fala ma własną świadomość fali, ale musi zrozumieć, że jest też oceanem. Gdyby fala myślała, że jest osobną i próbowała by walczyć z prądami oceanu cierpiałaby, bo ciężko się od niego odłączyć będąc nim. Trzeba zaakceptować swoją naturę, bycie falą i falować zgodnie z prądami oceanu jako część całości. Podobnie jest ze świadomością. Ego to „małe ja”, myśli, że jest osobne, najważniejsze, to konstrukt, który określa daną osobę i jego natura polega na tym, że chce przetrwać. Jest ważne, bo dzięki niemu każdy człowiek jest indywidualną istotą zdolną do życia. Dlatego nie wolno zabijać ego. Ego trzeba edukować, bo gdy małe ja zrozumie, że jest też „dużym Ja” i przestanie stawiać opór zaczyna dziać się magia. Wtedy małe ja z radością odstępuje na bok, tworząc przestrzeń by duże Ja mogło przepłynąć realizując swój Masterplan, swoją naturę, swoje falowanie.

Ego (małe ja) trzeba obudzić, uświadomić, nauczyć, trenować i pilnować, bo lubi się zapominać i rosnąć czasem nieco za bardzo. Często ciężko uchwycić granicę. Ale wtedy pojawiają się znaki od wszechświata. W moim przypadku to np. bolące kolano. To z totalnej biologii znaczy, żeby się ugiąć, bo pycha rośnie za bardzo. Pycha jest najbardziej śmiertelna dla człowieka, bo to opór przed energią Wszechświata i wywyższanie się, odstawanie od całości. Nasz stan naturalny jako jedności to miłość, harmonia i radość, a co za tym idzie zdrowie i dostatek. Opór powoduje blokady tego stanu. Na szczęście nasz Wszechświat jest tak skonstruowany, że dąży do homeostazy i wszelkie przejawy odstępstw od normy w naturalny sposób harmonizuje poprzez działanie sił równoważących. Takim hamulcem szkodliwego zachowania może być np. choroba, która wyhamuje trochę nadmierną pychę i zmniejszy szkody dla danej osoby i jej otoczenia. Jeśli jesteś ciekawy/a jak to działa dokładniej, doskonale tłumaczy to Siergiej Łazariew w swoich filmach i książkach pt. „Bumerang” czy „Diagnostyka karmy”. Dla niektórych ten autor jest kontrowersyjny, spotkałam się z zupełnie odwrotnym zrozumieniem jego słów w przypadku osób nie gotowych na jego mądrość albo mało tolerancyjnych, jeśli chodzi o formę przekazu. Ja wiem, że ma on bardzo wysoki poziom świadomości. Jego słowa przyczyniły się do mojego przebudzenia w 2012 i mimo różnych opinii i niezgodności darzę go szacunkiem.

*To co do Was piszę to są moje osobiste doświadczenia i odkrycia, do których doszłam w miarę mojego rozwoju, nie teoretyzuję, wszystko co Wam przekazuję doświadczam i jestem pewna prawdy płynących z tych słów. Staram się pisać w przepływie z mojego poziomu świadomości. Wiadomo, że każdy ma własne doświadczenie na danym etapie rozwoju i to jest ok. Możesz się ze mną nie zgadzać, może to nie rezonuje z Tobą, może Twoja droga jest inna. To jest ok. Na tym ta cała przygoda zwana życiem polega by doświadczać, uczyć się, rozwijać, przerabiać lekcje, odkrywać… Każdy w swoim tempie.

Sporo się mówi o przebudzeniu Ziemi, nowej erze i spływających na nas cały czas energiach. To widać i czuć wszędzie dookoła. Ja to czuję, ale ostatnio jestem coraz bardziej spokojna wewnętrznie. Wcześniej odbierałam to bardzo burzliwie. Teraz pracuję nad stabilnością. Czuję, że właśnie tym mam się teraz zajmować. Próbowałam coś podziałać biznesowo czy w kierunku rozwoju duchowego dla Was, ale wciąż coś mnie stopuje i mówi „czekaj”. Buduj się wewnętrznie. Więc to robię. Obserwuję. Tu na Ziemi. Rok temu sporo wchodziłam do „wielowymiaru”, zwiedzałam „pole morficzne” czy czytałam zdaje się „kroniki Akashy”, oczyszczałam ludzi z podczepień, uzdrawiałam pranicznie na odległość, robiłam regresje do źródła mojego pochodzenia, malowałam obrazy duszy… To był aktywny czas duchowo. Ale widocznie nie była to jeszcze odpowiednia pora na takie zwiedzanie, byłam za słaba wewnętrznie, bo kończyło się to atakami energetycznymi i silnymi spadkami, z których miesiącami nie umiałam się podnieść.

Teraz postanowiłam, że jest to moim obowiązkiem by utrzymywać względnie wysokie wibracje i nie pozwolić sobie na takie zaniedbania. Nie zwiedzam już innych wymiarów. Staram się wykonywać z największą pasją i miłością moją pracę, kiedy ktoś prosi o moje usługi. Odnalazłam w tym nowy wymiar Boskości. Odkryłam, że to co całe życie i tak robię tworząc dla Was piękno to może być klucz i sedno sprawy do spełnienia i autentyczności. Tylko jak dotąd nigdy nie zwracałam na to aż tak szczególnej uwagi. A co gdyby pokazać Wam ten cały proces? Co gdybyście spróbowali świadomie podpiąć się pod tą energię i razem ze mną popłynąć z flow, zrzucić z siebie opór, ograniczenia, przekonania i dać się porwać „kreatywności”?

Zależnie od poziomu świadomości i doświadczania każdy pewnie to odczuje inaczej, ale gdy wznieci się iskrę to ona rozpali ogień. Mój ogień na początku był malutki, był iskierką, która rosła. Ale w momencie jak odkryłam „centrum” złapałam się go kurczowo jak latarni na burzliwym oceanie. Pozwoliłam światłu rosnąć aż zaczęło świecić wielką mocą. Zwykle wtedy pojawiała się jakaś osoba, która mnie z niego ograbiała. We mnie była tylko miłość i chęć pomocy, więc je oddawałam i gasłam. Ale ta maleńka iskra jak kotwica i latarnia ciągle gdzieś była w mroku, dawała mi poczucie głębokiej wewnętrznej radości i spokoju. Mimo że aktualnie np. doświadczałam depresji to zdawałam sobie sprawę, że ona minie, bo wiedziałam, że jest we mnie to światło, że odnalazłam to czego szukałam i że mam się za co złapać. Wystarczyło odnaleźć drogę do tej iskry i pozwolić jej się od nowa rozświetlić.

Byłoby fenomenalnie, gdyby te iskry pozapalać w tych z Was, którzy jeszcze tego nie czują, ale czują, że chcieliby czuć. Poza pięknem jakie dzieje się u mnie na sesjach to było by wielowymiarowym sukcesem. Taki mój luźny pomysł, jak ma wypalić to wypali, jak nie to też ok. Nie trzymam się sztywno niczego, idę za flow, czyli tam, gdzie mnie prowadzi energia. Jak jesteś na swojej drodze to jest ona łatwa. I nie mówię o pójściu na łatwiznę. Chodzi o to, że jak jesteś we flow to cały Wszechświat Ci sprzyja i sprawy się układają magicznie a praca jaką wykonujesz, może dla innych wydawać się ciężka albo trudna, ale robiona w przepływie jest czystą radością, nie sprawa Ci kłopotu i oporu, to wszystko po prostu płynie. Nie tylko w pracy, w całym życiu.

Tak staram się żyć i tak robię sesje zdjęciowe. Zależnie od rodzaju sesji zawsze znajduję przestrzeń na flow, by to co tworzę, albo co tworzone jest przeze mnie miało głębię, by było czymś więcej niż zdjęciem czy makijażem. Od lat powtarzam, że to tylko narzędzia. Nie czuję się fotografem, makijażystką, retuszerem czy grafikiem. Jestem raczej przekaźnikiem w procesie kreacji piękna jako manifestacji boskości w materii. Tworzę piękno używając narzędzi i umiejętności, w których jestem dobra, które są zlepkiem naturalnych talentów i wielu lat praktyki. Ale w momencie tworzenia staram się zapominać o tym co wiem i pozwalać na flow. Gdy artysta jest nieobecny w dzieło wchodzi boskość, dzieło jest kreacją wszechświata a nie człowieka. Dzieło staje się idealne, wielowymiarowe, dotyka duszy i zatacza koło. Bo jest interakcja. Gdyby to był obraz czy muzyka kreatywność byłaby w nim, ale w przypadku zdjęć, które robię ludziom mamy jeszcze jeden czynnik – człowieka fotografowanego. W tym momencie wszechświat spotyka się z nim i zaprasza do tańca. I tu dzieje się magia, odchodzą kolejne warstwy, blokady, kompleksy… Zależnie od osoby można dotrzeć czasem bardzo głęboko aż do samej duszy. Gdy wszechświat spotyka się z duszą w oczach pojawiają się iskry, zaczyna płonąć wewnętrzne światło.

Robię zdjęcia i makijaże od 13 lat. Od początku pracowałam w ten sposób, ale nie zauważałam dotychczas wagi całego procesu. Miałam wzloty i upadki, wypalenia i kryzysy, ale zawsze się podnosiłam i kontynuowałam. Równocześnie zajmowałam się rozwojem duchowym, praktykowałam, doświadczałam. Słuchałam wykładów z różnych dziedzin dotyczących rozwoju i retuszowałam zdjęcia. Wciąż wydawało mi się, że moja droga jest gdzieś indziej, że mam jakieś misje duchowe do spełniania. A okazuje się, że cały czas robię coś wielowymiarowo niesamowitego i nawet tego w pełni nie dostrzegam. Tzn czułam własne flow, płakałam razem ze wzruszonymi klientkami, napędzała mnie ich radość i wdzięczność. Ale nie zdawałam sobie sprawy, ile tak naprawdę to znaczy też dla nich i jakie efekty może powodować w ich życiu.

Jestem ogromnie wdzięczna za wszystko co mam i za to kim jestem. Za talent do czynienia piękna i za te wszystkie uśmiechy, które mnie motywują. Nie trzeba być wielkim przewodnikiem duchowym. Każdy z nas może zapalić w kimś iskrę. Wystarczy z pasją i miłością wykonywać swoją pracę, pozwolić sobie na przepływ, mieć akceptację i zaufanie do Źródła i obserwować… Czasem starczy miłe słowo, jakiś drobny gest by dotknąć czyjeś serce. Na ułamek sekundy powstaje luka między systemem barier i nieprzerwanym tokiem myśli. To przerwa, przez którą może przepłynąć wszechświat i zmienić komuś życie. Bądźcie uważni. Pozwólcie sobie na przepływ we wszystkim co robicie. Niech życie stanie się lekkie J

 

Z miłością i wdzięcznością

Olimpia

Udostępnij, wybierz platformę!